Jedzenie – za to też kocham to miejsce :)

Dobrze, że nie mieszkam w Japonii na stałe, bo byłoby mnie dwa razy tyle. Moje łakomstwo jest tu wystawione zawsze na baaaardzo ciężką próbę. Zwykle się poddaję już pierwszego dnia, bo tłumaczę sobie że to tylko krótkie wakacje i mogę sobie pozwolić na obżarstwo. Inaczej tego nazwać nie można. Japończycy sztukę jedzenia jak parę innych dziedzin dopracowali do poziomu doskonałości. Ilość barów, restauracji, knajpek lub tylko ulicznych straganów z jedzeniem jest tak ogromna, że praktycznie na każdym kroku kuszą rozmaite zapachy, kolory i kształty kolejnych mniej lub bardziej wyszukanych potraw. Moich ulubionych nie sposób tu wyliczyć. Zdjęcia niech powiedzą więcej.
Ciekawe jest też to, że w Japonii każda miejscowość słynie z jakichś określonych potraw lub produktów spożywczych. I tak w Fukuoce mieliśmy hakata ramen (zupę z makaronem na bazie wywaru z wieprzowiny) , mentaiko (można to chyba określić jako przyprawiony na ostro kawior), w Nagoi np. trzeba koniecznie spróbować m.in. kishimen (makaron pszenny podawany na różne sposoby) i ten musu (kulki ryżowe z krewetkową tempurą w środku). Kiedy Japończyk jedzie w kraju na wakacje lub w podróż służbową obowiązkowo przywozi z niej jedzeniowe upominki – rodzinie, przyjaciołom, współpracownikom. Sklepów sprzedających takie produkty jest bez liku, a ich opakowania przypominają luksusowe prezenty.
A propos jedzenia warto jeszcze dodać krótki komentarz do sztucznych ogni w Kashii opisanych przez Marcina kilka dni wcześniej – dla Marcina tysiące ludzi w yukatach to zjawisko, nie wspomniał prawie o ważnym dodatkowym wymiarze matsuri – JEDZENIE oczywiście. Stragany z rozmaitymi przekąskami to podstawa, przeważają potrawy smażone na stole, na przenośnych kuchenkach – takoyaki (kulki z ośmiornicą), yakisoba (makaron smażony z mięsem i makaronem w specjalnym sosie), najróżniejsze owoce morza, ryby i kurczak na bambusowych szpadkach (takie japońskie szaszłyki). Nieprzebrany tłum kolorowo ubranych ludzi, okrzyki sprzedających, kłęby dymu z patelni i innych kuchenek, przenikające się zapachy potraw, powietrze rozgrzane tym wszystkim i upalną pogodą… matsuri czujesz wszystkimi zmysłami :)

Zobacz również:

  1. Hanabi w Kashii
  2. Karatsu raz jeszcze

Komentarze (5)

Chrabołka11/09/2009 at 07:33

… czas na prywatę – pamietajcie o glonowych ciasteczkach dla nas! Uwielbiam! Zresztą dobrze o tym wiecie ;)

Marek Chrobot25/11/2009 at 21:40

Co do jedzenia – moim faworytem (na dzień dzisiejszy, bo słabo poznałem kuchnię jap.) jest bezapelacyjnie misoshiru. Jadam je w nieco bogatszej wersji niżzalecają książki kucharskie. Mianowicie:
-słupki marchewki, pietruszki i daikona
-grzyby mun i shiitake
-małże
-wakame
łosoś (lub ew. jajko) jako wkład wypełniający żołądek ;)

Pychoza!

Marek Chrobot25/11/2009 at 21:40

No i oczywiście bulion dashi i pasta miso…

admin1/12/2009 at 12:12

Ja też bardzo wzbogacam moje misoshiru wszelkimi możliwymi warzywami – cukinia, bakłażan, daikon, fasolka szparagowa… wszystko pasuje :)

Marek Chrobot1/12/2009 at 16:38

…a jak smakuje! :)

Dodaj swój komentarz

Treść: