Na Shikoku przez most Seto ohashi

Kilkanaście lat temu moja siostra, miłośniczka japońskich ogrodów, “zorganizowała” nam wycieczkę do Okayamy i Takamatsu, gdzie są jedne z najpiękniejszych ogrodów w Japonii. Tak się składa, że z tej podróży najbardziej utkwił mi w pamięci przejazd 12 kilometrowym mostem pomiędzy Honshu i Shikoku. Postanowiłam zabrać Marcina na tą malowniczą przejażdżkę. Darowaliśmy sobie tym razem słynne ogrody, ale okazało się, że w maleńkim miasteczku Sakaide – pierwszym po zjeździe z mostu na Shikoku trafiliśmy supełnie przypadkowo na piękny i niezwykle zadbany japoński ogród Kofuen – może nieznany i nie opisywany w przewodnikach ale naprawdę warty odwiedzenia. Po drugiej stronie – na Honshu, pojechaliśmy do miasteczka Kojima a stamtąd na górę Washuzan, z której rozciągają się wspaniałe widoki na most i wysepki na morzu Setonaikai. Szczerze polecam taką wycieczkę w okolicach Okayamy. Po południu wybraliśmy się do miejscowości Kurashiki słynącej z tradycyjnej architektury i “klimatycznych” miejsc. Galerie, kawiarnie, wąskie uliczki, lokalne wytwórnie sake… naprawdę niezwykłe miejsce, super na spędzenie leniwego, słonecznego popołudnia. Klienci Nagomi często pytają mnie o sake – czy jest smaczna itp. Zawsze uważałam, że niestety, ale w smaku przypomina kiepsko zrobiony bimber… i… od dziś zmieniłam zdanie. Sake, którą kupiliśmy w małym sklepiku przy wytwórni (i wypiliśmy na ławeczce przed sklepem :) ) to po prostu zupełnie inny alkohol – delikatny, lekko słodkawy smak z wyraźnym ryżowym akcentem. Cóż, człowiek myśli, że już wszystkiego spróbował a tu niespodzianka! Z innych niezwykłych odkryć mogę jeszcze dodać, że Kojima i Kurashiki to miejcowości, z których pochodzą oryginalne japońskie jeansy (!) :) Dowiedzieliśmy się o tym w designerskiej knajpce, którą wybraliśmy na obiad ze względu na ciekawe, jeansowe krzesełka przy barze.
Na największe atrakcje Okayamy – zamek i słynny ogród korakuen zabrakło nam już czasu, ale Marcin twierdzi, że jakoś to przeżyje :)

Bizenyaki

Mam nadzieję, że nie zanudzę, ale dziś znów będzie… o ceramice! Tym razem zatrzymaliśmy się w Okayamie, a stąd w niecałą godzinę można dotrzeć lokalnym pociągiem do miejscowości Imbe – ośrodka ceramicznego bizenyaki. Estetyka bardzo zbliżona do opisanej już tanbayaki – surowa, nieszkliwiona glina, naturalne kolory i ascetyczne formy. Tym razem wdałam się w bardziej wnikliwe rozmowy z ceramikami i muszę poprawić swój post o tanbayaki, bo tu podobnie wytwarza sie ceramikę – efekt podobny do “glazury” na naczyniu otrzymuje się nie z dymu, ale z popiołu drzewa sosnowego. Posypuje się nim częściowo powierzchnię naczynia a popiół pod wpływem ognia zmienia się w błyszczącą powłokę. Technika ta zwana jest yakishime. Inne efekty kolorystyczne otrzymuje się np. dzięki ustawieniu naczynia bliżej lub dalej od źródła ognia. Tradycyjne piece noborigama rozpalane są zwykle tylko kilka razy w roku, wówczas wypala się w nich po kilkaset lub kilka tysięcy naczyń. Piec opala się drewnem sosnowym, ogień musi być podtrzymywany stale przez kilkanaście (!) dni, więc na zmianę pracują przy nim 3 osoby po 8 godzin. Ceramika bizen ma podobno doskonałe właściwości oczyszczające wodę. Np. kwiaty w wazonie z bizenyaki będą stały dłużej niż w szklanym, a sake i herbata z naczyń bizen smakuje wyjątkowo ze względu na tę właśnie cechę ceramiki… W niektórych pracowniach można kupić kulki ceramiczne wraz z “instrukcją obsługi”. I tak dotowania ryżu należy wrzucić jedną kulkę, co pozwoli wydobyć wyjątkowe walory smakowe potrawy, do kąpieli np. trzeba użyć 10 kulek itp. Oczywiście musiałam kupić ten wynalazek i koniecznie przetestuję go po powrocie :)
Jutro Marcin będzie mógł trochę się oderwać od tych fascynujących ceramicznych doznań, ponieważ robimy sobie typowo turystyczny dzień – oglądamy krajobrazy i inne takie tam… a potem czeka nas jeszcze wizyta na plantacji herbaty i kilka dni w zatłoczonym Tokio.

Jidai matsuri – tysiąc lat historii na ulicach Kioto

Dziękuję za wszystkie komentarze, bardzo nam miło, że możemy podzielić się wrażeniami z podróży i choć trochę jeszcze bardziej przybliżyć Wam Japonię. Jeśli chodzi o tanbayaki w Nagomi – temat jest “trudny”, nie chcę wchodzić w szczegóły, ale nie zawsze Japończycy są delikatnie mówiąc otwarci na nowe wyzwania… nie wyczerpałam jeszcze wszystkich sposobów, ale te najprostsze niestety tym razem nie zadziałały…
Tymczasem dziś w Kioto mieliśmy wyjątkowe szczęście trafić na widowisko zwane jidai matsuri. Od 1895r., zawsze 22 października ulicami Kioto przechodzi procesja upamiętniajca rocznicę przeniesienia stolicy do Kioto (z miejscowości Nara – w 795r.). Ponad 2 tysiące uczestników przebranych w autentyczne stroje z poszczególnych okresów historycznych – wojownicy i damy dworu, chłopi i mieszczanie, tysiąc lat historii można praktycznie dotknąć – po ulicach jadą powozy i suną lektyki, rozbrzmiewa muzyka bębnów, fletów i innych tradycyjnych instrumentów, historyczne postaci wyposażone są w autentyczne akcesoria – miecze, łuki, zbroje, kosze kwiatów, skrzynie z laki i inne niezwykłe przedmioty o nieznanym mi przeznaczeniu. Kilka godzin w pełnym słońcu, w pełnym bojowym rynsztunku lub też dworskich szatach – podziwiam wszystkich starszych i zupełnie małych uczestników procesji. Wrażenia oglądających – niezapomniane, ponieważ te same stroje na manekinach w muzeum to zupełnie inna historia…

Japońskie maniery nad miską makaronu :)

Oboje z Marcinem uwielbiamy japońskie zupy z makaronem – grubym pszennym udon i tym cieńszym z gryczanej mąki – soba. Oprócz makaronu w zupie zwykle znajdziemy drobno pokrojony szczypiorek, czasem startą rzepę daikon, płatki suszonej ryby – katsuobushi. To wersja podstawowa, bardziej “wypasione” opcje to specjalnie przyrządzony ser tofu, tempura warzywna lub krewetkowa i inne smakołyki – zawsze jest to danie smaczne, sycące i mało wyczerpujące finansowo, a w podróży to też nie jest bez znaczenia :)
W Tachikui na festiwalu tanbayaki obok ceramiki były też oczywiście lokalne przysmaki – m.in. ręcznie ugniatany na miejscu makaron soba – taki jak u japońskiej babci na wsi :) Rewelacja! Zdjęcia z wygniatania i gotowe danie możecie zobaczyć wyżej.
Tymczasem moje makaronowe doświadczenia w Japonii zawsze przypominają mi o różnicy kultur… w Japonii bowiem w dobrym tonie jest “wsiorbywanie” długich makaronowych nitek, absolutnie nie powinno się ich odgryzać. No cóż, nie raz już słyszałam szepty za plecami – “ej, zobacz jak ten gaijin je udon!”. Niestety maniery wysysamy chyba z mlekiem matki – siorbać nie potrafię i już, choć wiem, że różnica kultur i inne takie… W każdym razie w makaronowych knajpach zawsze przypomina mi się, że jednak co kraj to obyczaj :)

Tanbayaki matsuri

Maleńka wioska zagubiona gdzieś w górach w okolicy miejscowości Sasayama. Tu, wśród poletek ryżu i czarnej fasoli, wśród sadów mandarynkowych, w kilkudziesięciu pracowniach ukrytych w wąskich górskich uliczkach, powstaje zjawiskowa ceramika tanbayaki. Ta najbardziej klasyczna wypalana jest w tradycyjnych piecach noborigama. Ciemne naczynia są nieszkliwione, naturalne wzory tworzą się w piecu pod wpływem zmian temperatury i w efekcie działania dymu z drzewa sosnowego, którym opalane są piece. Ascetyczna estetyka wabi – sabi jest tu namacalna zarówno w formie i charakterze naczyń jak i w aranżacji galerii, w których są eksponowane. Mam nadzieję, że zdjęcia chociaż trochę oddają ten klimat. Generalnie to właściwie trudno mi opisać ten dzień pełen wrażeń, bo estetyczny zarót głowy jeszcze nie minął, a chwile spędzone w galeriach i pracowniach, opowieści o ceramicznych mistrzach, pogawędki przy zielonej herbacie – to pozostanie w pamięci na zawsze. Kilka godzin to zdecydowanie za mało żeby nasycić się tym wyjątkowyn klimatem, odwiedzić spokojnie wszystkie miejsca, spróbować lokalnych przysmaków i pospacerować wśród ryżowych pól… postanowiliśmy powtórzyć jutro naszą wycieczkę, bo matsuri wciąż trwa i ceramicy jutro też otwierają przed gośćmi swoje domy i pracownie.

Kiyomizuyaki matsuri

Japonia jest jednak bardzo daleko… wczorajsza podróż tak nas zmęczyła, że nie było nawet szansy na włączenie komputera.
Za to dziś od rana atrakcje oczywiście ceramiczne – festiwal ceramiki Kiyomizuyaki w Kioto. Obecnie ceramikę wytwarzaną w Kioto i okolicach nazywa się zamiennie Kyo-yaki lub Kiyomizu-yaki, chociaż nie jest to do końca uprawnione, ale nie będę teraz wchodzić w historyczne zawiłości.
Generalnie za typową dla tego stylu uważa się porcelanę malowaną w niebieskie wzory. Często stosuje się także inne kolory do ozdabiania naczyń – czerwony, zielony, żółty, złoty. Naczynia są bardzo kolorowe, niestety nie jest to moja ulubiona stylistyka, ale bardzo mi pasuje do dworskiego przepychu arystokratycznego Kioto. Wiele pracowni obok klasycznych kolorowych naczyń wytwarza także ceramikę w stylu zwanym mishima. Jego nazwa pochodzi od nazwy świątyni Mishima Taisha (pref. Shizuoka), ale ceramika w tym stylu powstaje w wielu regionach Japonii. Kolorystyka naczyń mishima jest bardzo zbliżona do ceramiki hagiyaki – szarości, ciepłe odcienie beżu i delikatnej brzoskwini. Charakterystyczne zdobienia są żłobione lub wyciskane specjalnymi stemplami. No cóż – kolejny talerzyk, czarka i miseczka powędrowały do mojego plecaka…
Jutro kolejne ceramiczne matsuri – tym razem to święto tambayaki w małym miasteczku niedaleko Osaki.

Nagomi w Japonii

Po trzech latach znów ruszamy w podróż do Japonii – zaplanowaną jak zawsze tylko mniej więcej, z otwartością na to, co się zdarzy, gdzie zaniesie nas los i Japan Rail Pass :) Będziemy dzielić się wrażeniami i postaramy się przekazać Wam chociaż odrobinę klimatu miejsc, które odwiedzimy. Od 18 października zapraszamy do czytania i oglądania.

Kintsugi – drugie życie ceramiki

Kintsugi to tradycyjna japońska metoda regeneracji potłuczonych ceramicznych lub porcelanowych naczyń. Polega na “sklejeniu” kawałków ceramiki przy pomocy spoiwa na bazie laki, a następnie ozdobieniu spoin drobinkami złota, srebra lub innych metali szlachetnych. W wyniku tych zabiegów powstaje zupełnie nowe, jedyne w swoim rodzaju naczynie, nierzadko bardziej interesujące od oryginału. Artystyczne łączenie kawałków potłuczonej ceramiki to niezwykłe rzemiosło, a nawet sztuka, której przykłady możemy podziwiać w galeriach i muzeach.
Metoda kintsugi ma bardzo długą i ciekawą historię, sięgającą XV w., kiedy faktycznym władcą Japonii był Ashikaga Yoshimasa – miłośnik sztuki i ceremonii herbacianej. Potłuczone czarki herbaciane wysyłał on do Chin, gdzie rzemieślnicy naprawiali je łącząc elementy przy pomocy metalowych “spinek”. Efekty ich pracy nie były dla shoguna zadowalające, dlatego zażądał od rodzimych artystów znalezienia bardziej eleganckiej metody regenerowania cennych utensyliów do herbaty. Tak narodziła się technika kintsugi, stosowana tylko i wyłącznie w Japonii. Artyści kintsugi dają potłuczonym przedmiotom nie tylko “drugie życie”, ale także wyjątkowy, oryginalny charakter. Wzdłuż spoin powstają często dodatkowe zdobienia, które zmieniają połączone kawałki naczynia w niezwykłe dzieła sztuki. Kintsugi doskonale wpisuje się w japońską estetykę wabi – sabi – odnajdowanie piękna w przedmiotach dalekich od ideału, niesymetrycznych, wyrafinowanych w szczególny, nieoczywisty sposób.

Ochugen – letnia wymiana uprzejmości

Zestaw słodyczy z Mitsukoshi (http://www.mitsukoshi.co.jp/shop)

Ważnym elementem japońskiej kultury jest wyrażanie wdzięczności – zwykle w postaci upominków. Środek lata (od 15 lipca do 15 sierpnia) to tzw. ochugen – zwyczaj obdarowywania tych, których jesteśmy “dłużnikami”w aspekcie otrzymanych przysług. Współpracownicy, przełożeni, nauczyciele, lekarze, sąsiedzi, kuzyni – każdy powinien otrzymać upominek. Zwykle są to produkty spożywcze – ciastka, słodycze, herbata, alkohol, owoce, marynowane warzywa itp. – oczywiście pięknie zapakowane i uzupełnione okolicznościową kartką z życzeniami. W dosłownym tłumaczeniu życzenia są zazwyczaj takie “proszę uważać na swoje szanowne ciało (szanowną kondycję) w te gorące dni” :) Kiedy mieszkałam w Japonii podczas studiów bardzo utkwiły mi w pamięci te otrzymywane i wysyłane kartki ze szczególnymi pozdrowieniami na upały… Teraz, kiedy jest tak ciepło jak przez ostatni tydzień, zawsze pamiętam, żeby moim bardzo zmęczonym latem znajomym z Japonii przypomnieć, aby “uważali na swoje szanowne ciała” :)
Wy też uważajcie i nie dajcie się upałom :)

Kwadratowe arbuzy

Zdjęcie pochodzi z serwisu sankei

Czy widzieliście kiedyś kwadratowe arbuzy? W Japonii od kilku lat cieszą się zainteresowaniem, zwłaszcza właścicieli sklepów warzywno – owocowych – taki arbuz na wystawie przyciąga wzrok klientów :) Raczej trudno go sprzedać, bo kosztuje ok. 10 000 JPY (ponad 400 zł) :) Kiedy owoc jest mały wkłada się go do plastikowego pojemnika w kształcie sześcianu i rośnie sobie od linijki do linijki. Po co komu taki owoc? Trudno zgadnąć, ale ich wysyłkę z miasteczka Zentsuji na wyspie Shikoku komentują szanujące się serwisy wiadomości, więc sprawa jest raczej ważna :)