Tokio – morze ludzi, rzeczy, spraw i zaspanych twarzy

Tokio mnie przerasta. Za duże – wszędzie daleko, sto przesiadek do kolejnych zatłoczonych pociągów, których plątaniny nie sposób zrozumieć na żadnej mapie… Miliony ludzi zmierzających przez cały Boży dzień w nieznanych kierunkach, morze, ocean ludzi po prostu… Dokąd idą, dlaczego tak ciągle się spieszą, jak bardzo są zmęczeni…. a ja narzekam na korki w Warszawie…
W metrze, jeśli tylko jest odrobina miejsca żeby sięgnąć ręką do torebki lub kieszeni, każdy wyciąga telefon komórkowy i beznamiętny wzrok wlepia w mikroskopijny ekran – czyta maile, przegląda strony internetowe, być może sprawdza gdzie nalepiej zmienić kolejny pociąg… albo śpi – na siedząco, stojąco lub wręcz wisząco w tym nieprzebranym tłumie stłoczonym w metalowym pudełku wagonu.
Cokolwiek tu robię, dokądkolwiek sie udaję, jestem zmęczona już zanim dotrę na miejsce. Oczywiście Tokio to także morze możliwości, różnorodności itp. itd. ale ja mogę je sobie darować. Jestem tu, bo mam kilka spraw do załatwienia, kilka spotkań do odbycia, kilku przyjaciół do odwiedzenia, w przeciwnym wypadku ominęłabym to mrowisko szerokim łukiem :)
Tymczasem jeszcze przez kilka dni trzeba wtopić się to szalone tło i poddać się fali niosącej od stacji do stacji…

Komentarze (1)

Julia12/09/2009 at 12:02

No tak – podziwiam “tambylców” – jeszcze nie byłam w Tokio, ale zawsze jak o tym czytam czy słyszę, to Warszawa wydaje się jakimś zapyziałym prowincjonalnym miasteczkiem… ;P

Dodaj swój komentarz

Treść: